PREZENT POD CHOINKĘ?

  

24  GRUDZINIA 1984*


  Myślałam przez chwilę, że mam jakieś przewidzenia. Dość sporej wielkości pudełko zaczęło się ruszać! Zaczęło się ruszać?! Czy tylko mi się wydaje? 
 
    Wierciłam się już na krześle przełykając pospiesznie ostatni kęs wigilijnej kolacji. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na kolorowe pudełko podpisane moimi imieniem. Ale zaraz, zaraz czy właśnie te pudełko drgnęło i wydało z siebie jakiś dźwięk? 

    Nie wytrzymałam. Wyskoczyłam jak z procy. Tak jak bardzo chciałam je rozpakować, tak też bałam się tego. Z pewną dozą nieufności ostrożnie zaczęłam zrywać papier i wstążki. Delikatnie otworzyłam karton. 

    Woooooow.... Mamo, tato.... dziękuję. Przez chwilę siedziałam jak zaczarowana. Łzy spływały mi po policzkach. 
- Co jest córciu? Nie podoba ci się PREZENT? Zapytał tata.
- Jak mógłby się nie podobać? 

Z dna pudełka patrzyły na mnie dwa maleńkie jak koraliki oczka. Światło lampek odbijało się w mokrym czarnym nosku. Beza (jeszcze wtedy nie wiedziała, że tak będzie mieć na imię) mała, biała puchata kulka. Pod puszystą sierścią nie widać było nawet gdzie są łapki, i gdzie zaczyna się ogonek. Ogonek zdradził się sam, kiedy po chwili zaczął nieśmiało merdać. 
- Mogę go wziąć na ręce? 
- Oczywiście, jest twoja.
- Beza!

                                   ****************

    O świętach wszyscy dawno już zapomnieli. Skończyły się zimowe ferie i urlop rodziców. Życie musiało wrócić na stare tory. 

- A co z psem? 
-  Ja do pracy go nie zabiorę?!
- Chyba nie wyobrażasz sobie, że może ja go wezmę?! Wściekał się tata. 

Beeeezaaaa! 

- No nieeeee, znowu zrobiła kupę w salonie! Mówiłem, tysiąc razy się zastanów zanim weźmiesz psa! 
- To było marzenie Oli!
- A ty matka miłosierna, wszystkie zachcianki musisz spełniać!
- Nie kłóćcie się. Próbowałam nieśmiało uspokoić rodziców. Już posprzątałam. 
- No i masz szczęście, bo więcej g...na w domu tolerować nie będę!

    Za trzaskającymi drzwiami zniknęła gęsta atmosfera poranka. Ale na jak długo? Do ich powrotu? 

- Beza, musisz być grzeczna, nie mogę zabrać cię ze sobą do szkoły. 
Beza radośnie skoczyła i polizała mnie w nos. Roześmiałam się i zapomniałam o awanturze. Jej ciepły różowy języczek zabrał cały smutek. 
- Pa Beza. Bądź grzeczna i nie rozrabiaj. Niedługo wrócę i zabiorę cię na spacer. 
                              *****************

- Co tu się stało do cholery?! Mam już tego serdecznie dość! Mija szósty tydzień odkąd ten kundel jest z nami, a już zdążył zniszczyć fotel, pogryźć kabel od lampy i laptopa, obsikać wszystkie dywany, zbić doniczkę, wyżreć całe żarcie dla kota, zjeść moje kapcie, rozerwać poduszkę i Bóg wie jeszcze co? 

Nie jesteś, żadnym kundlem. Przytulałam szczeniaka do siebie, szepcząc mu miłe słowa. 

- Ten pies ma mi zniknąć z domu!

Zamarłam. Świat się zatrzymał. Chyba nie usłyszałam tego naprawdę?

- Słyszałaś Ola?! Nie ma tu miejsca dla niej!

    Nie wiem jakim cudem, ale wokół mnie panowała zupełna cisza. Jakbym nagle znalazła się w szczelnie zamkniętej kuli. Nic co na zewnątrz nie istniało. Miałam wrażenie, że usłyszałam tylko jakiś trzask. 
Pękło mi serce. 
                             *******************
Dziś w szkole rozmawialiśmy o psach ze schroniska. Przyszła jakaś pani z Fredkiem. Śmieszna psina. Siedzi biedaczek już kilka lat za kratami.  Jak to dobrze, że Beza ma swoje posłanie i ciepły, przytulny kocyk. 

- Beeeeza! Beza? Beza, gdzie jesteś? Śpisz? 

Pobiegłam po pokoju. Nie było jej tam. Szybki rzut oka na wieszak. Smyczy i szelek też nie ma. 

- Beza!

- Halo, mamo! Nie ma Bezy, ani smyczy i szelek?  Zabrałaś ją ze sobą do pracy? 
- Nie córeczko. 
Smutny głos mamy zdradzał, że stało się coś naprawdę złego.
- Co się stało? Mamo! Gdzie jest Beza?!
- Zaraz po twoim wyjściu, tata założył jej szelki, zapiął smycz i wyszedł. Wołał za nim. Prosiłam, żeby jej nie zabierał. Był wściekły. Beza nasikała na jego nowe kapcie. Rzucił tylko: pożegnaj się z kundlem, bo go już nie zobaczysz.
- Mamo! Nieeee!!!

Osunęłam się po ścianie. Słuchawka wypadła mi z ręki. Umarłam. Niestety, żyję. Jak bardzo w tamtym momencie chciałam zniknąć. Przestać istnieć, myśleć, czuć. Jedyną emocją jaką w sobie miałam to nienawiść. 
                                  ********************

    To były nasze ostatnie wspólne święta.  Rodzice chcieli dać sobie szansę. Prezent od nich miał scalić naszą rodzinę, stworzyć poczucie normalności. Mama, tata, dziecko i do kompletu "kochającej się"  rodziny pies. Psa trzeba mieć. Wszyscy mają, to dlaczego nie my? 

    Plakaty z wizerunkiem Bezy wisiały na każdym słupie. Na drzwiach małych sklepików. To były najgorsze dwa tygodnie w moim życiu. Codziennie płakałam. Patrzyłam na puste miejsce po moim psie i łzy same płynęły po policzkach. 

                                      ******************
    24.02.1985

   Zimowy sobotni poranek. Jeszcze spałyśmy. Z łóżek wyrwał nas głośny dźwięk telefonu. 

- Dzień dobry. Dzwonię ze schroniska z Białegostoku. 

Mama zasłoniła ręką słuchawkę.
- Dzwonią ze schroniska z Białegostoku - wyszeptała niemalże niesłyszalnym głosem. 

W ułamku sekundy zrobiło mi się gorąco. Serce znów zaczęło bić jak u szalonego królika. Z Białegostoku? Pomyślałam szybko: przecież to prawie sto kilometrów stąd. 

- Tak rozumem. Oczywiście. Tak. Przyjedziemy. Do widzenia. 

Te chwile kiedy mama słuchała głosu w słuchawce, nerwowo i zdawkowo odpowiadając na usłyszane wiadomości, trwały wieki. 

- No i co? Mów szybko! 

    Ktoś przywiózł do schroniska pieska pasującego z opisu do naszej Bezy. Trudno do końca określić czy to ona. Jest strasznie brudna i chuda. Ma skołtunioną sierść. Mama próbowała trzymać fason, ale słyszałam jak łamie się jej głos. Zajmą się ją. Ale musimy pojechać i ją zobaczyć. 

    Beza. Łzy nie pytały, po prostu płynęły. 

                                    ********************

    Schronisko znajdowało się na drugim końcu miasta. Ale skoro tyle już wytrzymałyśmy w PKS'ie to podróż autobusem linii 6 też wytrzymamy. 

    Drzwi otworzyła sympatyczna pani. 
- Proszę. Zapraszam. 
Poprowadziła nas korytarzem do ostatniego pokoju. 
- Nie mogliśmy zamknąć ją w boksie. Jest tak wyczerpana, że potrzebuje ciepła i spokoju. Prawdopodobnie te dwa tygodnie spędziła w lesie przywiązana do drzewa. 

Nie byłam pewna czy chcę tego słuchać. Nieproszeni goście znów zjawili się na moich policzkach. Ukradkiem szybko je otarłam, by tym razem ja przed mamą udawać, że się trzymam.   

- To cud, że ktoś ją odnalazł. Miała szczęście, że spadł śnieg. Co prawda jej biała sierść zlała się z białym puchem, ale za to narciarze mogli zapuścić się na rzadko uczęszczane trasy. Jakiś pan usłyszał jej szczekanie i tak oto zguba trafiła do nas. 

    Ten kilku metrowy korytarz wydawał się nie mieć końca. W końcu dotarliśmy do pokoju. Pani delikatnie otworzyła drzwi. Jeszcze nie mogłam jej zobaczyć. Przecisnęłam się między kobietami i prawie wpadłam do pokoju.

- Beza? Delikatnie zawołałam zwiniętą w kącie biała kulkę.
Z niedowierzaniem podniosła łepek i spojrzała na mnie tymi małymi czarnymi oczkami. 
- Beza. Powtórzyłam trochę śmielej. 
Wstała. Powoli zbliżała się w moim kierunku. Weszła mi na ręce i tak, jak to miała w zwyczaju polizała mi nos, tym swoim mięciutkim, cieplutkim, różowym języczkiem. 




*Na szczęcie to nie jest historia z mojego życia. Ale oparta na faktach.
 Na faktach dramatów niechcianych zwierząt i tych z domowników, którzy pokochali, 
a nie dano im możliwości bycia razem. 


















Komentarze

  1. Kiedyś opowiem Ci historię Murzyna. Był cały czarny. Nie był dużym psem.. ale kochałam go z całego mojego kilkuletniego serduszka ❤️😔

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za twoją historię, smutną niestety, ale to potwierdza tylko fakt, że historie takie jak ta powyżej mają miejsce 😥

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty