DWA PSY CZY JEDEN?
Dwa psy czy jeden?
Jak to było u nas.
Przez pięć lat nasze M4 zamieszkiwała
sama. Wychuchana, wymiziana, ukochane oczko w głowie.
Po około dwóch latach od jej
przybycia, nie wiedzieć dlaczego, po głowie zaczęła krążyć uporczywa myśl o drugim
psie. Skąd się wzięła i jak się zadomowiła w mojej głowie nie wiem. Ale tkwiła
tam długo i namiętnie, od czasu do czasu dając znać o sobie.
Myśl ta była dość chytra, bo nie
tylko drążyła dziurę w całym, ale z czasem aktywowała do współpracy ręce. A te
zgodnie z jej wolą podążały w stronę klawiatury w poszukiwaniu stron z
ogłoszeniami. No oczywiście nie byle jakimi, tylko takimi na których można było
pooglądać cieszące oczy i rozczulające serce psie szczenięta.
Mi naprawdę niewiele potrzeba by
wpaść po uszy. Na ulicy obejrzę się za każdym mijanym psem, napotkanym kotem
czy siedzącym na gałęzi ptakiem. Słodziutkie maleńkie pyszczki przykuwały mój
wzrok coraz bardziej i coraz bardziej. Kierunek był obrany. To nie miał być
jakiś pies. To miał być TEN pies (tzn. suczka) Konkretnej rasy i koloru. Nie
wiem skąd mi się upatrzyła, wymyśliła akurat ta, a nie inna rasa czy kundelek
na przykład. Choć w tak zwanym międzyczasie był i ten epizod. Ale po kolei.
Kolejnym psem w naszej rodzinie
miał być Cavalier King Charles Spaniel, tricolor. To oznacza, że miała być
czarna (możliwie jak najwięcej) z białymi łapkami, krawacikiem i brzuszkiem,
brązowymi brwiami i zabarwionymi na brązowo uszami i policzkami. Miała wyglądać
tak, jak opisuje to charakterystyka rasy.
Nie mam bladego pojęcia skąd tak
to sobie wymyśliłam. Nigdy nikogo nie znałam, kto miałby takiego psa, może
gdzieś na mieście parę razy mignął mi przelotem, nigdy nie miałam do czynienia
z tą rasą. Dlaczego właśnie ta? Nie wiem.
Tak czy inaczej myśl w mojej
głowie była dość uparta i dążyła do zaistnienia. Nie, nie wystarczało jej, że
zamieszkuje zwoje mojej mózgownicy. Ona chciała stamtąd wydostać się i narodzić jako
zrealizowany plan w postaci szczeniaka w mych ramionach.
Powiem wam jedno. Jak pozwolicie takiej
jednej małej myśli na to by zaczęła rosnąć, to się później nie zdziwcie. :)
Internet był przeszukiwany. Ba, nawet znalazłam wymarzonego szczeniaczka. Była czarna, bo wiedzieć musisz, że psy tej rasy
raczej są w łaty, dość duże ale jednak łaty. Ona miała cały grzbiet jednolity.
Tak, o taki właśnie wygląd chodziło.
Myśl zacierała rączki, bo
wiedziała, że przynęta została połknięta. A i owszem. Połknęłam, jak ryba haczyk. Nie
wiedząc nawet kiedy.
Ale, halo, halo, co tu się
dzieje? Do połkniętej właśnie przynęty zaczęła przemawiać druga myśl. Pojawiła
się całkiem znienacka jak tamta poprzednia tylko, ta z kolei próbowała wypchnąć
ją z ugruntowanego już stanowiska. No i się zaczęła wojna na całego.
Po co ci ten drugi pies? Będą
tylko same kłopoty. Z jednym już trudno gdziekolwiek się ruszyć, a co dopiero z
dwoma. Daj spokój. A jak się nie polubią? No popatrz na Sally, po co jej
towarzystwo jakiegoś smarkacza?.....
To nie była jedna myśl, zaczęło
kotłować się ich setki. Znacie pewną
reklamę gdzie walczy ze sobą serce i rozum? Taką właśnie toczyłam bitwę. Serce pokochało
już te małe stworzonko, choć widziane tylko na ekranie, a rozum walczył dalej.
Ostatecznie serce poległo w tej nierównej walce. Odpuściłam posiadanie drugiego
psa. Z jednej strony smutek i żal, z drugiej jakaś dziwna ulga. I próba
racjonalizowania swego wyboru.
Do sparingu doszło ponownie po trzech
latach. Znów ta sama myśl, te same działania. Ta sama wojna. Oj nie, ta była
gorsza. Pięć lat mieszkania z jednym psem, z którym rozumiesz się bez słów,
ułożonym, spokojnym, z którym masz już swoje przyzwyczajenia, swój rytm życia ,
wypracowane schematy. Ale serce woła.
Tym razem szukałam pośród psów
schroniskowych. Nie maiła być już czarna (poprzednie dwa moje kundelki był całe
czarne). Szukałam małego rudzielca, koniecznie kudłatego. Dla mnie pies musi
mieć długą sierść, żeby było gdzie zanurzyć palce podczas drapania za uszkiem.
Dokładnie takich nie było wiele. Oprócz tego, trzeba poczuć to coś. Kiedy
patrzysz na to stworzenie i wiesz, że to te. Z tyłu głowy miałam też świadomość
tego, że dorosłe psy mieszkające jakiś czas w schronisku mają za sobą jakąś przeszłość.
Często nie znaną. Przyznam, nie miałam na tyle odwagi by wprowadzić do domu
drugiego dorosłego, nieznanego mi psa i wsadzić rezydentkę na minę. Podobne
wątpliwości szargały mną na myśl o szczeniaku, choć tu sprawa z gruntu wydawała
się łatwiejsza. To my razem z naszym psem będziemy kształtować jej zachowania.
Będzie dorastać w rodzinie, gdzie u jej boku będzie starsza ,,siostra”, która
będzie też jej nauczycielką. Oczywiście można prowadzić tu długie debaty i
dyskusje i nie mówię, że nasza droga i nasz wybór był jedynie słuszny, bo wiem,
że wiele osób ma inne doświadczenie w tym temacie. Nie mówię, że rozwiązanie
jest jedno. My wybraliśmy takie, na które byliśmy gotowi, które pasowało i
odpowiadało nam.
Ostatecznie nasza rodzina
powiększyła się o suczkę rasy Cavalier King Charles Spaniel umaszczenia blenheim.
Tym razem w miocie szukałam tej najbardziej rudej.
Pierwsze nasze spotkanie było w
hodowli. Po tym jakżeśmy się zdecydowali, na kolejne spotkanie na neutralnym
gruncie pojechaliśmy z Sally. Chcieliśmy dać jej szansę na zapoznanie się z
potencjalną nową mieszkanką naszego domostwa. Oczywiście była trochę zdziwiona,
co to za mała kulka plącze się przy jej łapach, ale zapoznanie przebiegło
bardzo pozytywnie.
Malutka MiMi 23 czerwca 2015 roku
przekroczyła próg naszego mieszkania. Cała byłam pełna wątpliwości i strachu jak to będzie. Sama czułam
się przez pierwszy tydzień dość dziwnie, że jest jeszcze ktoś oprócz Sally. Ze szczenięciem
jak z noworodkiem. Cała (niemalże) uwaga skierowana była na nią. Bieganie na
siusiu i kupę 6 razy dziennie. Dbanie o jej komfort zarówno w domu jak i na
podwórku. Uczenie się na nowo, tego, że pies nie rozumie co do niego mówisz.
Niesamowicie śmieszne (i trochę frustrujące na początku) doświadczenie. Dodatkowo
biorąc pod uwagę prędkość z jaką robiła to Sally, a MiMi przysparzało to mi zdecydowanie więcej frustracji niż śmiechu. Sally wystarczyło powiedzieć kilka razy, a już wiedziała
o co chodzi. Z brzdącem nie szło tak gładko. Oczywiście, tam tylko, gdzie miała
swój interes szybko załapywała o co chodzi. Reszta szła z oporem. Z resztą tak
też pozostało do tej pory ;)
Reasumując. Jeden czy dwa?
Co daje posiadanie dwóch psów?
Banalnie, ale prawdziwie, dwa
razy więcej miłości w domu. Dwa pyszczki wciskające się by cię przywitać, dwa
rozmerdane ogony, osiem łap, biegnących na twój widok. Szczęścia i radości, na
pewno zawsze będziesz mieć podwójnie. I to są chyba najważniejsze plusy
dodatnie.
A jakie mamy plusy ujemne?
*Dwa razy więcej sierści. Ale kto
by się w ogóle tym przejmował? Jaka to różnica czy znajdujesz jeden czy dwa
sierściowe włosy w swojej herbacie, przecież i tak zagarniesz je jednym ruchem
łyżeczki.
*Podwójne mycie łap po spacerze.
Suszenie, czesanie i wszystkie czynności pielęgnacyjne razy dwa. Jeśli masz
psa, który wymaga szczególnego dbania o sierść, choć bardziej chodzi mi o włos,
doliczyć należy groomera.
*Realnie dwa razy więcej kasy na
weterynarza (szczepienia, odrobaczanie) co watro uwzględnić w swoim budżecie. Doliczając niespodziewajki, czyli wszelkie
historie, których nie chcielibyśmy aby spotkały nasze psy, ale się zdarzają.
*Podwójny wydatek na jedzenie. Legowiska.
Zabawki i inne przyjemności.
*Wakacje. Podwójna trudność. Nie
to, że nie jest to możliwe, bo ludzie jakoś sobie radzą, ale na pewno, jest to większe utrudnienie. My polegliśmy w tym temacie.
Odkąd mamy MiMi nie udało się nam wyjechać na wspólne wakacje. Choć żywię wciąż
nadzieję, że jeszcze nam się uda.
*Oczywiście wszystko zależy od tego jakie będą to psy, ale spacer z jednym jest zdecydowanie łatwiejszy. Sally chce witać się z każdym, MiMi chce „zabić” co drugą napotkaną osobę i psa. Więc łatwo nie jest. A nie oszukujmy się, nie zawsze mamy ten komfort czasowy, by z każdym psem wychodzić trzy razy dziennie na oddzielne spacery.
*Ogrom pracy wychowawczej. Każdego
z osobna i ich egzystowania razem. My
mamy to szczęście, że nasze psy się kochają. Ale co, jeśli między twoimi będzie
ciągle na ostrzu noża? Oznacza to jeszcze większy wysiłek z twojej strony, by wypracować
kompromisy i stworzyć atmosferę komfortu dla obu. ( tak naprawdę
ten temat nadaje się na oddzielny długi wpis, więc tu wrzucam tylko
hasło)
*Niespodzianki typu Coronawirus.
Nie ma szans, żeby: po pierwsze nasze psy wyszły na spacer z kimś obcym. Po
prostu by nie poszły. Po drugie: nawet gdyby udało się je sprowadzić na dół zaraz
by chciały wracać. Szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie takiej akcji.
MiMi nie toleruje obcych, więc tu mamy kosmiczną trudność.
*Ostatni najważniejszy, a zarazem najtrudniejszy. Dwa
razy pęknie ci serce. Za każdym razem, gdy któreś z nich będzie odchodzić za
tęczowy most. I nie są to dyrdymały. Są osoby, które z tego powodu, świadomie
nie biorą zwierząt do domu, bo wiedzą, że ich śmierć będzie dla nich zbyt
bolesna.
Jakkolwiek wszystkie te minusy
potrafią przekształcić się w jeden wielki plus, gdy z całej siły pragniesz mieć
swego psiego przyjaciela. Nic cię wówczas nie powstrzyma.
Zatem. Powodzenia w wyborze. Żyjcie
długo i szczęśliwie.
Komentarze
Prześlij komentarz